Sierpień rozpoczął się upalnie. Fala iście afrykańskich upałów zalała nie tylko Polskę, ale i całą Europę powodując, że każdy jak żyw zaczął szukać cienia, zimnej wody mineralnej, wiatraków i innych form złagodzenia egzystencjalnej niewygody spowodowanej skrajnymi warunkami termicznymi.

Podobno nad Bałtykiem rekordy za rekordami – rekordowo ciepło, rekordowo dużo ludzi, nawet o szóstej nad ranem ciężko o miejscówkę na plaży, która pozwoliłaby widzieć chociażby skrawek morza. Ja to się w sumie wcale ludziom nie dziwię. Mamy hiszpańską pogodę zatem czemu nie korzystać? Mamy tam co prawda także hiszpańskie ceny, no ale to już tematy ekonomiczno-globalizacyjne, jak dla mnie zupełnie niesierpniowe;)

Prawdę mówiąc nie pamiętam takiej pogody tak długo – ciągnącej się bity miesiąc, której atrybutem są błękitne niebo plus z niego lejący się żar. Nawet spikerzy rozgłośni radiowych, którzy na ogół nadchodzące upały witali z egzaltowaną radością, nagle zmienili ton i kolejny dzień z temperaturą powyżej 30 stopni witają już mniej entuzjastycznie, podając do informacji słuchaczy także komunikaty IMGW o zagrożeniu upałami. Bo, że upały bywają nie tylko męczące ale i niebezpieczne wiadomo nie od dziś mieszkańcom do skwaru geograficznie przyzwyczajonych. Nie zapomnij zatem:

  • się nawadniać (naturalny izotonik pomoże znacznie bardziej niż woda! Przepis na końcu wpisu!),
  • unikać słońca między 11 a 16 (no to już obowiązkowo dotyczy się dzieci, osób starczych i tych, którzy miewają problemy sercowe)
  • głowę chronić nakryciem
  • nie szaleć z wysiłkiem, bo organizm i tak już ma nad czym się skupiać i pracować!

Wiem, wiem, jest to oczywista oczywistość, ale tak sobie myślę, że i oczywistości warto przypominać od czasu do czasu (takie chyba mam zaszłości po uprawianym niegdyś zawodzie nauczycielskim).

A zatem, skoro ruch autostradowy wskazuje wyraźnie, że większość z nas szuka ochłody nad Bałtykiem (gdzie miejscami temperatura wody ponoć osiąga już 24 C!), z rodziną udałam się w kierunku przeciwnym – na południe. Nie, nie na złość nikomu ani dla przekory, po prostu takie marzenie miałam przez wiele lat niespełnione co by w Bieszczady przyjechać.

Zatem przyjechałam! Zachwytów nie ma końca. I nie, upał tu wcale nie jest lżejszy (no dobra, wieczorami jest cudownie więc nie ma co narzekać), ale mnogość skarbów tego regionu skutecznie odwraca uwagę od skwaru. Starczy powiedzieć, że cisza brzmi tu cudownie! A do tego zieleń daje odpocząć myślom. I wiesz co? Wczoraj obserwowałam Drogę Mleczną. To niesamowite, ale tu ją widać niemalże jak na dłoni! Ale o tym opowiem następnym razem. Teraz się już zbieram przespacerować się jakimś bieszczadzkim szlakiem i pozbierać wrażenia. Zostawiam Ci obiecany przepis na naturalny izotonik. Do zobaczenia!

 

Naturalny izotonik:

– woda (mineralna, z filtra, przegotowana i przestudzona – do wyboru) w ilości 1,5-2l

– miód naturalny ( 1 łyżka)

– sok z 1 cytryny (ja lubię dodawać także limonkę, zmienia smak na mniej oczywisty)

– szypta soli, a nawet dwie.

Wszystkie składniki mieszamy i popijamy w ciągu dnia oprócz wody. Dopuszczalne są rzecz jasna wszelkie wariacje smakowe, ale ten przepis bazowy też jest ok.

 

2 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *