Ponieważ mój bieszczadzki reset powoli zmierza ku końcowi chyba mogę pokusić się o kilka słów na ten temat. A zatem, już dziś, wiem, że tu wrócę! Ale, po kolei!

Bieszczady chodziły mi po głowie całe lata. Ale przegrywały z ofertami turkusowych basenów i obietnicą słońca, a i wizja trasy do pokonania była dość zniechęcająca.

I było to chyba w maju, jak przy okazji grilla w miłym towarzystwie znajomy relacjonował swój pobyt w Bieszczadach tymi słowami: „słuchaj, tam nic nie ma! Zero infrastruktury! Dzicz, nie ma po co jechać”. I wtedy, jak na kreskówkach niemalże, zapaliła mi się w głowie żaróweczka – tadaaam! Może to jest to?  Nic przecież nie dzieje się bez przyczyny, prawda?

I coś w tym roku plany wakacyjne nie chciały się skrystalizować. No próbowałam, ale jakoś nic nie wychodziło. Może trochę przez to, że mozaika wyjazdów dzieci dość skutecznie komplikowała sprawę (bo wolnych terminów moje dzieciaki w wakacje prawie nie mają), a może właśnie dlatego, że świat postanowił zrobić w moim życiu przestrzeń na Bieszczady!

Od jakiegoś czasu minimalizuję oczekiwania. Nie wiem czy to przyszło z wiekiem, liczbą doświadczeń, przeczytanych książek, czy po prostu taka tendencja nastała, ale oczekiwań mam znacznie mniej, przez co – odnoszę wrażenie- znacznie więcej zadowolenia.

No i tak było tym razem, jechałam bez oczekiwań, nie wertowałam przewodników, ani ton stron internetowych. Wsiadłam do samochodu otwarta na to, co przyniesie los.

A los miał sporo w planach!:) Zapierająca dech w piersi przyroda to sprawa chyba oczywista, ale chyba nie zdawałam sobie do końca sprawy jak cudownie dziko tu jest – dziko, czyli bez nadmiernej ingerencji człowieka w krajobraz, kiedy to daje się przestrzeń przyrodzie na czynienie swojej magii. No, a że Bieszczady to góry, nie mogę nie wspomnieć i o tym aspekcie. Bo ja nigdy po górach chodzić nie lubiłam. Ba! Bywało, że mała górka sprawiała, że zmieniałam drogęJno co zrobić, człowiek nie jest doskonały!

Mój szanowny małżonek przewertowawszy przewodnik spacerowy po regionie zaproponował „najłatwiejszy w okolicy szlak”, szlak na Połoninę Caryńską. No wszystko fajnie, ale kurka, ta trasa wiodła cała pod górkę! No nie powiem, by ten szlak zaliczał się do moich największych osiągnięć, ale rozbudził to coś – apetyt na przestrzeń, ciszę, piękno nieosiągalne bez wysiłku. Ale i dał pstryczka w nos i przypomniał co to jest pokora!

Na szczęście kolejne szlaki spacerowe bardziej lub mniej wiodące pod górkę tylko coraz bardziej oczarowywały. Nie, nie, nie pokonywałam tysięcy ani setek metrów pod górkę co rusz, jakby nie patrzeć jestem mieszczuchem przyzwyczajonym do auta i w sumie lubię wygodę!

Dziś stojąc nad stawem, który wypełnia woda z pobliskiego strumyka (aż strach pomyśleć jaką ta woda ma temperaturę!) i obserwując bawiące się w wodzie dzieci (szczękanie zębów z zimna słychać było w odległości dwóch metrów od brzegu stawu!) miałam takie przemyślenia, jak blisko natury są ludzie żyjąc w tym zakątku świata, jak daleko od natury odeszliśmy my, mieszkańcy wielkich miast.

Tu rytm dobowy, ale i roczny wyznacza przyroda – kiedy mijam wioski o 22giej praktycznie większość świateł w domach jest pogaszona.

W blokowiskach w tym samym czasie pewnie mruga niebieskie światło telewizorów.

Jeśli dotarłaś do tego momentu tekstu, zdradzę Ci ciekawostkę. Czy wiesz, że zanim elektryczne oświetlenie pozalewało świat, kobieca menstruacja była ściśle zsynchronizowana z księżycem? A i pewnie tempo życia sprawiało, że hormony nie płatały figli jak to teraz często bywa. Teraz jest po prostu za jasno, nasze organizmy nie czytają sygnałów, no bo i jak?

Właściciel pensjonatu opowiadał o sąsiadach (dostarczają do pensjonatu własnej produkcji wędliny i sery), którzy prawie wszystko – „od ziemniaka, do chleba” wytwarzają sami. Nie, nie wyobrażam sobie takiej możliwości w mieście, na dodatek pracując zawodowo. W tym kontekście moje wytwarzanie dżemów i soku malinowego uważam za solidny wyczyn. Ale tak sobie myślę, jak warto móc korzystać z takich dobrodziejstw jak domowy ser, czy chleb. I jak wielki szacunek mam do ludzi kultywujących te umiejętności i zwyczaje! A przecież mogliby, jak na mojej ukochanej tucholskiej wsi, po prostu skoczyć na zakupy do marketu opatrzonego owadzim szyldem.

No i skoro już o owadach mowa, wachlarz wszelkiej urody motyli i ciem tu podziwiam! Ćmy podziwiać lubię co prawda po drugiej stronie szyby i w bezpiecznej odległości, no ale zawsze, przejawy przyrody zauważam i podziwiam! 😉

Kiedy zapytałam Gucia, co było jego największym, bieszczadzkim efektem wow, odpowiedział, że gwiazdy. No bo tu są niesamowite! Nigdzie nie widziałam tak jak tu Drogi Mlecznej, jak na wyciągnięcie dłoni! No ale tu wieczorami i nocą jest naprawdę ciemno. A to sprawia, że obserwacje astronomiczne są wyjątkowe. No i na dodatek załapaliśmy się na sierpniowy okres spadających gwiazd (bardziej naukowo rzecz ujmując, na rój Perseidów).

Lata temu, a był to chyba na kanale Planete, w każdym razie w telewizji (utkwiło mi w pamięci, bo TV to u mnie nieczęsty sposób spędzania czasu), oglądałam program o pasjonacie gwiazd, który w Bieszczadach robi pokazy dla zainteresowanych. Udało się Pawła odszukać i wziąć udział w jego gwiezdnym spektaklu- od 21:30 – do północy podarował nam czas na leżakach, z lornetkami, dzieląc się wiedzą i swoją pasją opowiadał o planetach, gwiazdozbiorach, kometach i wielu, wielu innych super ciekawostkach. (jeśli będziesz miała ochotę, zajrzyj na stronę www.gwiezdnebieszczady.pl)

A zatem powoli żegnam się z tym fantastycznym miejscem, gdzie wypoczynek udał mi się znakomicie. Myśli wróciły do właściwego sobie tempa, a na tym mi bardzo zależało!

I moja podróż toczy się dalej. Bo sierpień w tym roku to wojaże!:) Ale o tym już pewnie następnym razem.

 

P.S. w trakcie pisania tego postu zrobiłam sobie małą przerwę i spacer. Na pobliskiej górce spotkałam baaardzo liczną rodzinkę dzików, na szczęście nie miały ochoty na bliższą znajomość ze mną;) ale wrażenie niepowtarzalne!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *