Bardzo lubię weekendy w wersji slow. Bez względu na to, czy weekend w stylu powolnym celebruję w domu, czy też na „slowlowym” wypadzie za miasto,  to odkładam telefon, nie sprawdzam maili, odcinam się mocno od portali społecznościowych i po prostu sobie jestem. Takie podejście otwiera przestrzeń na relaks, spowalnia bieg myśli, spowalnia bieg czasu.                                                                                                                                                                                            A ja bardzo lubię tego doświadczać, coraz bardziej! I cenię ten czas wyjątkowo.

Tym razem slow weekend został trochę wymuszony przez konsekwencje zapomnianej czapki, zatem żeby nie dać się zatokom, z okładem z soli na czole, sięgnęłam po książkę, kubek earl greya i delektowałam się nic-nie-muszeniem.

Taki czas to także moment rozmów dłuższych, głębszych, a czasem i zabawnych. I tak było tym razem. Ponieważ Gucia nosi energia niemalże atomowa, kręcił kółka na hulajnodze wokół sofy, na której czytałam. U moich stóp smacznie spał Kraksio, nasz pies, o równie imponujących zasobach energii witalnej co Gucio. Tuż obok mnie siedziała Ala i rozważała jakieś zawiłości funkcji kwadratowych. Cóż, każdy ma swojego bzika i to jest cudne!

Gustaw snuł opowieści, trochę kierowane do mnie, trochę do Ali, a trochę w przestrzeń i nagle, spośród słów które wypełniały salon, moją uwagę przykuło jedno: „sługus”.

No i nie wiem jakie to impulsy elektryczne zaskoczyły w mojej głowie, ale zadziałało to słowo na moją pamięć jak włącznik do światła. Dlaczego? Bo jednymi z moich ulubionych cukierków z dzieciństwa były cukierki Sugus!:)

Internety to nie samo zło, co to, to nie! Na wspomnienie cukierków z dzieciństwa, buzia sama się uśmiechnęła a ręka sięgnęła po laptopa. I tak oto, zmotywowana jednym słowem, oddałam się podróży w czasie i przestrzeni.  Szukałam smaków dzieciństwa. Nie tylko tych stricte do zjedzenia. Co za wspaniały pomysł na niedzielne popołudnie!

Miałam siedem lat i gotowy tornister do szkoły. Taki skórzany, kwadratowy, z odblaskiem. Pamiętasz takie? Ten jeden nie doczekał się wrześniowego pójścia do pierwszej klasy. Ja zresztą też nie. Od razu poszłam o drugiej – ale to historia na inny wpis! Los tak pokierował moją edukacją, że zamiast ćwiczyć pisanie w niebieskim zeszycie w trzy linie, uczyłam się pisać w zeszytach pomarańczowych, z napisem „gloria” i flagą Argentyny na okładce. Tak daleko, to prawda. Inny świat – też prawda. Wyjechałam mając lat siedem, nie znając ani jednego słowa po hiszpańsku. Wyrwana z zabaw pod trzepakiem i grania w gumę pod blokiem, trafiłam do innego świata, innej kultury, klimatu, mentalności. I chociaż nie były to wcale doświadczenia łatwe, co więcej, niektóre raczej trudne, to dziś jestem za wszystkie wdzięczna bardzo. Wdzięczna za to, jak te lepsze i gorsze doświadczenia mnie ukształtowały, jaką dały siłę, jak wzbogaciły perspektywę. O języku nawet nie wspomnę!

Dziś jestem chyba trochę taką hybrydą dwóch kultur. Mam wrażenie, że z wiekiem coraz wyraźniej wychodzi ze mnie radość i uśmiech, którymi nasiąknęłam w Buenos Aires. Uwielbiam się śmiać, i robię to głośno! Uwielbiam rozmawiać z ludźmi i nie odmawiam sobie tej przyjemności. Uwielbiam być w ruchu, tańczyć ( imam w nosie czy mi wychodzi, czy też nie), działać, cieszyć się. Ale robię to z polskim podejściem. U mnie się sprawdza!:)

I tak sobie myślę, że najbardziej buduje to, co wcale nie jest najłatwiejsze. Buduje nas, nasz charakter, wewnętrzną siłę. Ten wyjątkowy rys. I rozważam to także jako mama. Instynktownie, pewnie jak każda mama, chciałabym móc uchronić swoje dzieci przed każdym rozczarowaniem, smutkiem, czy łzą. A potem przypomina mi się cytat: „Nie zbieraj kamieni spod nóg dzieci. Inaczej jako dorośli potykać się będą o ziarnka piasku”.

A zatem i tu trzeba znaleźć równowagę między tym, co polskie i latynoskie.

 

P.S.  Na zdjęciu między innymi: Alfajores Suchard – przepyszne ciastko oblane czekoladą, w środku przełożone kremem kajmakowym (w Argentynie nazywa się dulce de leche).

Plakat filmu, który robił furorę w latach 80 – V Invasión extraterrestre. O najeździe kosmitów, którzy byli jaszczurami. Zamiłowanie do tematyki mam do dziś 😉

P.S.2 Alu kochana, dziękuję Ci za wspaniały kolaż z moimi wspomnieniami z dzieciństwa <3

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *