Kropkamocy

Karp w mrowisku

Śnił mi się karp.
Nienaturalnej wielkości zwierzę jak wielka góra leżało i patrzyło.
Świeciło słońce, odbijając się od jego łusek we wszystkich kolorach, szum i gwar otaczały nas gdy nagle karp przemówił do mnie, przekazując tak wiele, choć nie mówiąc nic…
Znasz być może to, wchodzisz w jakąś sytuację, jeden rzut okiem i wiesz wszystko, choć nie zostało powiedziane nic.
źródło:pixabay
Dzwonek budzika zabrzmiał dokładnie w chwili, gdy podchodziłam do ryby i unosiłam ramię wysoko by pogładzić ją po olbrzymich ustach.
Potrzebowała wsparcia, nie zdążyłam, bo rzeczywistość upomniała się o mnie.
Izba przyjęć szpitala pediatrycznego. Gigantyczna kolejka.
Recepcjonistka szybko wklepuje to, co musi, od niechcenia wskazuje brakujące TAK / NIE/ PODPIS.
Pokornie wykonuję polecenia.
Nawet gdybym chciała się uśmiechnąć, maseczka odbierze efekt, nie jestem pewna czy kobieta po drugiej stronie okienka miałaby chwilę by ten uśmiech zauważyć.
Idziemy dalej.
Bezkresne morze głów. Gdzieniegdzie radosne śmiechy znudzonych dzieci, gdzie indziej cichutki płacz niemowlaków.
Nikt nie wie gdzie jest koniec kolejki.
Kolejka bywa takim tworem, bez początków i końców.
Energiczna pielęgniarka prowadzi nas na oddział korytarzowym labiryntem.
Szpital przypomina mi mrowisko.
To nie prawda, że służba zdrowia nie działa. Wygląda to gorzej niż na promocjach, czy wyprzedażach. Ludzi jest mnóstwo.
Działa, przerabia rzesze potrzebujących.
Wpisy, podpisy, waga, wymiary, będzie sala nr. 10 – wyrokuje oddziałowa.
To czemu wpisałaś na karcie 11? Pyta lekarz, który rzuca okiem znad jej ramienia.
No i wreszcie sala.
Siedzę i czekam na badanie młodego.
Jesteśmy tu bo coś kiedyś, ale to tak dawno i już nieprawda, że zdążyłam nawet zapomnieć. Ale sprawdzić trzeba, dla świętego spokoju.
Wejdziemy, wyjdziemy, wrócimy do codziennej krzątaniny, dylematów obiadowych, stresów kartkówkowych i tęsknoty do wakacji.
Na korytarzy krążą jak w hipnozie mamy. Dźwigają śpiące na rękach dzieci, pchają wózki, uciszają, przytulają, są, trwają.
Krążą wokół stanowiska pielęgniarskiego, z oddziału wyjść nie można.
Pandemia rozsiadła się wygodnie w szpitalnej rzeczywistości.
Po kilku godzinach wracam do domu, muszę zrzucić nadmiar emocji, tych swoich i tych zapożyczonych oraz tych, co się samoistnie przykleiły.
Idę na parking, patrzę w niebo – świat się nadal kręci, choć ze szpitalnej sali wygląda to zupełnie inaczej.
Jest tak dużo dzielnych matek, rodziców, pacjentów, pielęgniarek i lekarzy.
Tak dużo ludzi toczy trudne walki.
Niektórzy i takie, bez wizji końca.
Uśmiechnijmy się do siebie czasami i bez przyczyny.
Wpuśćmy przed siebie wciskające się auto, czy spieszącą się kobietę.
Czasami taki mały gest zmienia dużo.
Zwłaszcza gdy zakłada się potem zbroję i idzie do codziennej walki, która dla niektórych zdaje się nie obiecywać końca.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *