Jedną z najmocniejszych kropek mocy na mojej życiowej mapie jest bez wątpienia ta podpisana słowem „podróże”. O tym, że kształcą, to już nawet przysłowia powstały, o tym, że wzbogacają także, więc o oczywistych zyskach z podróżowania pisać nie będę. Nie ma sensu powtarzać prawd ogólnych. 

Stragan w Taorminie

Kiedyś przeczytałam, że powoli umierają ci, którzy nie podróżują, nie czytają książek i nie zatapiają się w muzyce. Bardzo ze mną rezonuje taki światopogląd, niemniej rozpisywać się i o tym nie zamierzam, choć sporo w tym prawdy upatruję. 

Jednego jestem pewna – nie umiem żyć bez podróży – tych odległych i tych zupełnie bliskich!

Ostatnio losy podróżnicze rzuciły mnie na południe Europy, na Sycylię. Odwiedziłam zatem krainę mafii, Etny i mocnego słońca. Takie pierwsze skojarzenia przychodzą na myśl, prawda? Ech, te stereotypy!

Mafii nie spotkałam, Etnę miałam okazję podziwiać, a do słońca twarz wystawiałam, bo przyjemne jest nawet w grudniu.

Uwielbiam wyjazdy bez przymusów, harmonogramów, ograniczeń. Kiedy zdejmuje się typowo turystyczne okulary, to można zyskać zupełnie nową perspektywę. Z wielką przyjemnością przyglądam się zatem codzienności Sycylijczyków. Taką mam ostatnio przyjemność z obserwowania, bez reagowania czy oceniania. Po prostu patrzę, czuję, chłonę.

A balkony w grudniu zapraszają zielenią

I to, co niewątpliwie urzeka już w pierwszych kontaktach, to uśmiech, otwartość, radość.    Ot, postawa godna przeniesienia na polski grunt. No tak, ale my nie mamy tyle słońca, słyszę  już w myślach ten mocny argument.  Niewątpliwie coś w tym jest. Choć klimat mamy coraz cieplejszy (pamiętasz kiedy ostatnio był śnieg na Boże Narodzenie, zapytał mnie któregoś razu mąż. No faktycznie, nie pamiętam, a i dzieci nie dowierzają kiedy opowiadam, że zimy były kiedyś bardziej zimowe!), to właśnie słońce powoduje, że uśmiechy częściej się rysują na twarzach. 

Wystarczy popatrzeć na ludzi latem i porównać z minami zimą, kiedy opatuleni szalikami i zakapturzeni przemierzamy szybko ulice by jak najszybciej znaleźć się w miejscu, które zagwarantuje komfort termiczny i unikniemy szczypania mrozu w nos.

Zarówno słońce, jak i temperatura mają wpływ na sposób życia. Kiedyś pewien znajomy Hiszpan zauważył, że w Polsce bardzo dbamy o mieszkania i domy. Dopieszczamy, dekorujemy, upiększamy. Jasne, bo w mieszkaniach spędzamy sporo czasu. (Pewnie dlatego styl skandynawski jest taki dopieszczony, a Ikea i jej wzornictwo świętują takie triumfy – klimat determinuje tak wiele!) 

Zatem spędzamy w domach dużo czasu. Hiszpanie, czy Włosi, nie. A pieniądze pewnie częściej wydają na spotkania poza domem, niż na przygotowania domówki.

I patrzę sobie na tych uśmiechniętych ludzi w kafejkach, rozmawiają, głośno się śmieją, gestykulują. Pełna ekspresja, bo opowiadane historie przeżywają całym sobą. Telefonów nie widać na blatach stołów, przynajmniej niezbyt często. Nie dziwię się. Wspaniałe jedzenie, wspaniałe wina, pyszna kawa, wciągająca rozmowa. Telefon schodzi na dalszy plan.

Spotkania przy stole się tu celebruje. Nikt się nie spieszy. Ważna jest jakość chwili. Nie ważne, czy ktoś wpadł do kafejki na szybkie espresso, czy studiuje menu przed dwudaniową biesiadą. Te chwile są ważne. Bardzo ważne. 

Widzę tu ludzi uśmiechniętych, niespiętych, życzliwych. Ludzi zadbanych także zewnętrznie. „Nie mam ubrań na specjalne okazje, każdy dzień mojego życia jest przecież specjalną okazją”. Kobiecość tu pachnie perfumami, błyszczy biżuterią. 

Ten luz przesiąka inne dziedziny życia. Sycylijczycy spieszą się chyba tylko za kierownicą. A na drodze nie ma żadnych zasad. No jest ta jedna, że zasad nie ma. Faktycznie, nigdzie indziej nie widziałam takiego luzu w przejeżdżaniu na czerwonym świetle. Masowo. Taki styl. Kiedyś ten czas dogonić trzeba.

Sezon na pomarańcze w pełni! Smakują wybornie, a i cena kusząca!

I choć nie przeniosę włoskiej dolce vita do swojej codzienności, to z Sycylii zabieram mnóstwo wspomnień, zapachów, smaków. Zabieram oczarowanie życzliwością i otwartością. Zabieram uśmiech i głośne „ciao!”. Zabieram zapach wulkanicznej ziemi po burzy. Zabieram kolor pomarańczy, które grudniowo stroją drzewa pomarańczowe niczym bombki. Zabieram smak pistacji na pieczonej rybie i lekkość mlecznej pianki na cappuccino.

Zabieram wiele myśli, doznań i doświadczeń. 

I dokładam ten fragment do puzzli mojej drogi, układanki życia.

A tę radość życia, umiejętność radości w codzienności zabieram i będę szczególnie cenić. Taki mój kęs z włoskiej dolce vita!

Ciao Italia, do zobaczenia!:)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *