Swoim zwyczajem spędzam część letnich dni na wsi, na Kociewiu. Już jakiś czas temu zasadniczo rozróżniłam wypoczynek i zwiedzanie. Uwielbiam jeździć po i świecie, i po Polsce, poznawać nowe miejsca i smaki, ale najlepiej odpoczywam tam, gdzie czas płynie wolniej. Namacalnie wolniej.

Przyznaję, że z lekkim uśmiechem patrzę na „mieszczuchów” dopiero co zaczynających swój urlop nad którymś z tutejszych jezior: wpadają do sklepu jak burza, jednym ramieniem trzymając komórkę przy uchu i załatwiając jakieś niedomknięte przed wyjazdem sprawy, zdecydowanymi ruchami zapełniają koszyk zakupowy i równie szybko jak wpadli do sklepu, z niego wypadają. I tyle. Zadanie odhaczone. Mają w sobie ten miejski pęd, który tak bardzo trudno porzucić, a który nie pozwala na pełen relaks. Wiesz o czym mówię?

Przestrzeń i światłem malowane niebo – Kociewie – fotka moja 🙂

Moje motto – despacito i do przodu!

Uśmiecham się, ale nie śmieję z nikogo. Jeszcze jakiś czas temu sama gnałam. I to jak! A uczę się hamować od kilku lat! I coraz lepiej mi to idzie! Zatem nie, nie śmieję się, raczej życzliwie uśmiecham. I choć każdy etap w życiu ma swoje „prędkości”, to ta, którą uskuteczniam aktualnie jest na tyle fajna, że pozwala iść naprzód, a jednocześnie daje szanse na oglądanie widoków za oknem. 

Miasto daje nieocenione możliwości, ale nie za darmo

Tak sobie myślę, że jedną z rzeczy jaką ja tracę mieszkając w Łodzi (choć bez dwóch zdań – żeby było jasne- bardzo lubię swoje miasto!) to kontakt z naturą. Bywało, że poruszając się między domem – autem – spotkaniami z klientami – warsztatami – szkoleniami etc. prawie nie zauważałam zmieniających się pór roku. A to jeden z najbardziej oczywistych czynników, który dawniej wyznaczał rytm życia całych pokoleń. Nic nie zastąpi spaceru po lesie, czy niespiesznego picia herbaty wpatrując się w spokojną toń jeziora. I widać to po ludziach. Żyją niespiesznie, albo spieszą się powoli.

Buszując w zbożu – fotka moja:)

Powietrze pachnie

Zapachy – ojej, jak one potrafią oczarować! Przede wszystkim zapach czystego powietrza. Nie wierzysz? Powietrze (trochę tak jak woda) ma moim zdaniem i zapach i smak. To tutaj pachnie przyrodą.

Zapach ziemi po deszczu, polnych kwiatów, lasu, grzybów, kwitnących drzew lipowych. Pierwszy dzień po przyjeździe z miasta przechodzę swoisty zapachowy detoks. I potem jestem gotowa na przyjęcie zapachu z całą jego głębią! (ok, moja wieś nie ma już obór, pisząc o zapachach mam na myśli te przyjemne!)

Kiedyś, kiedy żyła jeszcze moja babcia, do tej mozaiki zapachów dołączały zapachy świeżego ciasta drożdżowego i innych specjałów. Teraz w tej samej kuchni ja roztaczam zapachy owocowych dżemów, ciekawe jak to będą kiedyś wspominać moje dzieciaki?

Cicho wszędzie, ciemno wszędzie

 Kiedy zapada zmrok i samochody na niedalekiej ulicy przestają szumieć, mam wrażenie, że cisza aż dzwoni w uszach! Od czasu do czasu tylko gdzieś w oddali zaszczeka pies. Najbardziej czaruje zaś ciemność. Tak głęboka, że wyciągając przed siebie rękę nie jestem w stanie dostrzec ani dłoni, ani nawet jednego palca. No, chyba, że jest pełnia księżyca, wówczas mam wrażenie, że jeden księżyc jest w stanie zastąpić kilka latarni ulicznych. Ta ciemność ma swoje atuty- pozwala na głęboki i efektywny sen. Gdzieś kiedyś przeczytałam, że zanieczyszczenie świetlne – czyli wszystkie lampy, reklamy podświetlone, ale i diody w telewizorze, czy telefonie- potrafią skutecznie zaburzać wydzielanie melatoniny – przez co ma bardzo negatywny wpływ na nas, bo nie pozwala solidnie wypocząć w nocy.

Czasami fajnie tak nie myśleć o makijażu, rzucić w kąt obcasy, nie nosić przy sobie komórki (bo po co, skoro i tak nie ma zasięgu?). To tworzy równowagę. I kiedy tak podjadam sobie agrest z krzaczka myślę, że gdyby nie ona, to pewnie nie kochałabym tak swojego miasta!

Masz jakieś wspomnienia związane z latem na wsi? Będzie mi bardzo miło, jeśli zostawisz o tym komentarz 🙂 Dziękuję!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *