Deszcz nadaje rzeczywistości zupełnie innych barw

Rytm tego dnia dostosowywał się do melodii kropel deszczu, które miarowo uderzały o dach. Słońce zabrało jaskrawe kolory, schowało je za chmurami, oferując w zamian głębię barw, którą daje tylko rozproszone światło.

Obudziłam się z myślą, że to będzie dobry dzień. Mimo że jeden z wielu na kwarantannie, kiedy to tak naprawdę nie ma większego znaczenia czy to poniedziałek, piątek, czy niedziela.

Dom jeszcze spał, cierpliwie oczekując pierwszych dźwięków poranka, tej codziennej krzątaniny, która wypełnia przestrzeń szumem ekspresu do kawy, radosnym szczekaniem psa, szukaniem czegoś do ubrania, czy wreszcie metalicznym dźwiękiem sztućców rozkładanych na szarych serwetkach śniadaniowych.

Rzeczywistość, której kształty rzeźbił od tygodni koronawirus staje się mi coraz bliższa. Po pierwszych chwilach niedowierzania, być może i odrobiny buntu, a nawet złości, przyszedł czas na pogodzenie się z ograniczeniami i nowymi realiami. Akceptacja zaś przyniosła spokój.

dmuchawce – fotka moja

I ten spokój, dość niepostrzeżenie, zaczął przenikać moją codzienność. Rozgościł się na dobre. Pokazał, że rezygnacja z części rzeczy, zamiarów, planów, celów, może być większym darem, niż ich spełnienie.

Odpuszczanie bez wyrzutów sumienia.

I pytanie samej siebie: co jest moim celem, a co narzucił mi świat, a ja uznałam za swoje?

„Jeden problem naraz” – powtarzał bohater jednego z seriali, które nadawały barw kwietniowym wieczorom.

Tak, kwintesencja minimalizmu. Jakże to odległe od wychwalanej latami wielozadaniowości, wydajności, ciągłego wzrostu i rozwoju.

Odrzucam te myśli, bo nie współgrają zupełnie z moim nowym spokojem.

Spokojem, który polubiłam i który nauczył mnie lubić bycie z sobą, siebie, ciszę.

Spokój i akceptacja w Krakersa wydaniu 🙂

Spokój to, a może właściwy, naturalny rytm?

Gdzieś tam w środku, ów spokój wysłuchał głos, który szepcze: być może czas na przewartościowanie?

Nie znam odpowiedzi, nie planuję, nie zakładam niczego. Ufam, że to, co się dzieje, dzieje się po coś. Po coś ważnego.

„Trust the process” – zaufaj procesowi – mawia Julia, moja mentorka ze świata Points of You.

A zatem ufam. Nie pytam. Nie podważam. Zamykam oczy, otwieram serce i kroczę dalej w pełnym zaufaniu.

Gasnące popołudnie zastało mnie w fotelu, zanurzoną w myślach i otuloną ciepłą warstwą kremowego koca.

Czytam, że od jutra otwierane są galerie handlowe. A ja wcale za nimi nie tęsknię.

Ani za zapędzonym życiem, w wiecznym niedoczasie, w ciągłym pędzie, notorycznie przekraczając dozwolone przez życie limity prędkości.

Tak naprawdę brakuje mi tych chwil, kiedy zatopiona w rozmowie niespiesznie piłam kawę w Cafe przy ulicy, łowiłam wzrokiem spojrzenia wchodzących gości, których przeważnie znałam, chociażby tylko z widzenia. Kiedy pochłaniał mnie świat kobiecych opowieści, tych zwyczajnych, o życiu, przerywany wspólnym śmiechem, czy wzruszeniem.

Tych chwil wartościowego bycia z drugim człowiekiem tak naprawdę mi brakuje. Choć mój dom tętni życiem, za co jestem bardzo wdzięczna, to brakuje mi ludzi. Ich historii, spojrzeń, dotyku, słów.

On line zawładną tę częścią mojego życia, którą nazywam zawodową. Ale nie tylko. Tak sobie myślę, że mamy niesamowite szczęście, że ów wirus zastał nas w takim momencie rozwoju technologii, że możemy wiele z przerwanych czynności kontynuować: pracę, naukę języka, a nawet treningi fitness.

tzw quality time – jakościowy czas ze sobą i dla siebie!

Zoomy, Messengery, konferencje wideo  – niezły, choć nadal tylko substytut kontaktów międzyludzkich.

Dziś wiem, że ten czas na nowo ukształtuje moje (i nie tylko moje) realia zawodowe. Mogę nauczać i prowadzić sesje rozwojowe wszędzie, gdzie tylko jest internet.

I tak się zastanawiam jak to, co się na świecie zadziało wpłynie na ten świat, który tak niecierpliwie wyczekują media: świat po pandemii.

Osobiście wiem jedno, te trudne tygodnie zabrały kilka możliwości, zatrzasnęły pewnie jakieś drzwi, ale dały nową perspektywę. W której uczę się żyć, poznaję na nowo siebie.

I wiem na pewno, że spokoju nie oddam. Tego nowego rytmu, który jest tak cudownie rezonuje z moją duszą i sercem.

Ani wartościowych, niespiesznych rozmów z domownikami.

Ani chwil przepełnionych szczęściem gdy przypatruję się zmieniającym się barwom zachodzącego słońca.

Życie wie, co dla mnie najlepsze.

Zatem ufam procesowi!

Ufam życiu.

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *